Blog

Celebracja drogi

Spotkania z przyjaciółmi kształcą, ale spotkania z przyjaciółkami otwierają oczy. W zeszły weekend moja droga, bratnia dusza podczas babskiego wypadu, wskazała mi coś, na co nigdy wcześniej nie zwróciłam uwagi: mój czas dla siebie spędzam w drodze.

Samochód, który z jednej strony jest dla mnie narzędziem używanym automatycznie i zadaniowo, stał się moim konfesjonałem i strefą kreacji. Miejscem, w którym rozmawiam z rodziną i załatwiam wszystkie zaległe sprawy. Przestrzenią, w której poszukuję inspiracji, kształcę się słuchając podcastów i bardzo często tworzę, poprzez nagrywanie swoich pomysłów lub spisując je po dotarciu do celu. Wcześniej nie zwróciłam uwagi, jak wiele pomysłów na moje projekty powstało w drodze. Dokładnie w tym momencie, gdy przemierzam świat z punktu A do punktu B. Droga daje mi czas dla siebie, w którym mogę przemyśleć pewne sprawy, poświęcić się sobie, pomedytować, wypłakać się, pomilczeć i pobyć w samotności, która czasami jest mi tak bardzo potrzebna – jest potrzebna każdemu.

Nigdy nie lubiłam podróżowania, czy przemierzania trasy. Owszem uwielbiam poznawać nowe miejsca i podziwiać świat, ale najchętniej teleportowałabym się z domu od razu do celu. Poświęcanie czasu na podróż zawsze wydawało mi się marnotrawstwem życia. Nie jest łatwo świadomie celebrować drogę, przynajmniej dla mnie. Mam wrażenie, że często robię to intuicyjnie i nie zastanawiam się nad tym, a jednak doświadczam celebracji na poziomie nieświadomym. Chcę jednak na tyle, na ile to możliwe korzystać z czasu, jaki dał mi wszechświat. Nauczyć się świadomie celebrować drogę i cieszyć się z czasu, jaki mam wtedy dla siebie. Realizować to, na co prowadząc mam ochotę, zamiast irytować się na tłok na trasie, czy dopinać niedokończone sprawy. Chcę słuchać muzyki czy audiobooka lub zwyczajnie trwać w ciszy oddychając spokojnie.

Czasami tak mocno zapędzę się w chęć samorozwoju, że przeklinam każdą minutę spędzoną w aucie. Pamiętam miesiące, w których próbowałam wykonać samorozwojowe cele noworoczne, kiedy praktycznie chodziłam na rzęsach, bo tak bardzo chciałam je zrealizować. Nauka języka, joga, siłownia, czytanie książek, pisanie tekstów, kończenie książki, próby i dwie prace oraz wiele, wiele więcej. Byłam wtedy mistrzem checkbox’ów, nawet o tym pisałam, a jednocześnie ledwo patrzyłam na oczy. Wszystko się da, jeśli się chce, ale czy życie bez chwili wytchnienia może dać nam czas na poczucie satysfakcji? Ja jej praktycznie nie odczuwam. Z jednego projektu wchodzę w drugi, a z jednej realizacji w kolejną. Nie zatrzymuję się, by spojrzeć na to, co już się wydarzyło i często zapominam o mojej własnej teczce doświadczeń i osiągnięć.

Celebracja drogi to świadomość tego, co się dokonało do tej pory oraz nauka docenienia samego siebie. Jeśli umiemy się zatrzymać świadomie w pędzie, który trwa dookoła, jesteśmy w stanie zadać sobie pytanie: co dalej, czego właściwie chcę od życia i co jest dla mnie ważne? Tak rzadko zastanawiamy się nad tym, co jest dla nas ważne i posługujemy się sloganami, z którymi jesteśmy osłuchani. Ale czy to naprawdę ma sens? Powtarzać po innych zamiast przyjrzeć się sobie?

Uczę się zatrzymać w drodze. To właśnie droga jest dla mnie momentem celebracji swojego życia i docenienia swojej przestrzeni i wyborów życiowych. Momentem spojrzenia w lustro i bez koloryzacji uświadomienia sobie, co jest w moim życiu dobre, a co chcę zmienić. Co lubię w sobie, a co mnie wyniszcza od środka. Zaczynam celebrować drogę świadomie, tak jak zaczynam uczyć się celebrować swoje życie, umysł i ciało – codziennie i tylko dla siebie.