Blog

Czy cierpliwość jest cnotą? Moją cnotą?

Jedną z cnót, o której wspomina się trochę rzadziej niż o innych jest CIERPLIWOŚĆ. Ważna i przydatna cecha, z którą ja osobiście mam niewiele wspólnego. Niejednokrotnie pisałam Ci już o moich checkboxach i ustawianiu sobie kolejnych celów zbudowanych na zasadzie małych kroków. Oczywiście w 100% się z tamtą sobą zgadzam, ale czy to przychodzi mi łatwo? 

Nie.
Po pierwsze, ja najzwyczajniej nie lubię czekać. To, co ma się zdarzyć za godzinę, tydzień, miesiąc czy rok, ja chcę zaraz, od razu. Oczywiście, że czekam (w końcu nie mam wyjścia), ale czy jestem cierpliwa? Żyjemy za często na coś czekając, a przez to czas nas wciąż dogania i dogania. Czekamy na koniec szkoły: pierwszej, drugiej, trzeciej, na wyprowadzkę, na pracę, na dobrą pracę, na awans, na idealnego mężczyznę, na kolejnego idealnego mężczyznę, na kupno mieszkania, na rozwód z idealnym mężczyzną, na kolejny awans, na zajście w ciążę, na dziecko, na kolejne dziecko, na to, by pierwsze dziecko poszło do szkoły i tak bez końca. Po drodze są mniejsze punkty, na które czekamy: ślub koleżanki czy nawet godzina, o której kończymy pracę. Wbrew logice, czuję, że najbardziej ucieka mi czas, gdy na coś czekam, bo mam wrażenie, że w jakiś sposób zatrzymuję się w swoim pędzie, by coś się mogło wydarzyć, a zdecydowanie nie lubię się zatrzymywać. Tak, tak, wiem, że ważne jest delektować się życiem w danym momencie i mieć taką chwilę, w której można zaczerpnąć oddech – ale ja po prostu nie potrafię. Właśnie dlatego, że, gdy inni się dotleniają momentem, ja czekam na to „zaraz”, przez co jestem kompletnie zestresowana. Wiem, jak powinno być według stanu idealnego – jednak w moim przypadku to kompletnie nie działa.

Dajmy jako przykład dzisiejszy poranek. Siedzę przy kawie o 7.40 w niedzielę 4 lipca 2021 – mój pierwszy dzień urlopu i piszę zdanie za zdaniem na temat cnoty, której nie posiadam. Dookoła mnie leżą spakowane walizki, a ja jestem w pełnym makijażu i koszuli nocnej. Zdążyłam też napisać kilka maili, wyprostować włosy, skończyć pakować walizki i zrobić lekcję angielskiego w mojej genialnej aplikacji. W garnku gotują się dwie kolby kukurydzy na śniadanie dla mnie i mojego partnera. Za godzinę wyjeżdżamy, bo koło południa mamy samolot na Kretę. Wycieczkę kupiliśmy wczoraj około 18.00 – bo wcześniej nie mieliśmy spokojnej chwili, by wspólnie przysiąść i coś wybrać. Nie wytrzymałabym trzy dni na urlopie bez planu – siedząc bezczynnie w domu i czekając na wczasy, dlatego wybraliśmy coś na zaraz – na jutro. Nawet na odpoczynek nie mogę cierpliwie poczekać, bo w moim sercu czas, który mija bezczynnie – czyli odpoczynek w domu (tzw. leżący) będzie zmarnowany. W mojej głowie kłębi się: przed wyjazdem mam jeszcze chwilę, więc napiszę wpis na blog, bo może w tygodniu nie znajdę na to chwili. Jak skończę tekst i wyślę do korekty pewnie zrobię jeszcze jogę przed wyjściem i w ten sposób nadejdzie chwila wyjazdu, a później wylotu. Mój partner już wie, że jutro będę po 6.00 zwiedzać okolicę, bo nie poczekam cierpliwie do 8.00 aż on wstanie. Na leżaku na plaży czytając książkę lub słuchając audiobooka poleżę maksymalnie 30 minut, bo poczuję, że czas mi ucieka… Popatrzę na morze, nacieszę się nim, a później zaplanuje cały pobyt minuta po minucie. Już wiem, że chcę przetańczyć cały wyjazd – potrzebuję tego – muzyki, tańca i obcych ludzi, którzy nie będą mnie oceniać.

To moja klątwa – ja nie czekam cierpliwie na nic, bo wciąż mam wrażenie, że coś mi ucieknie. W trakcie czekania zapełniam sobie grafik do granic możliwości, by mieć poczucie, że w trakcie czekania zrealizuję jeszcze setki drobnych elementów, które nie wymagają mojej wybrakowanej cnoty.

Moje całe życie polega na tym, że nie potrafię czekać cierpliwie, aż rozchodzę buty i dopasuję je do swojej stopy, tylko wpycham w nie prawidła zaraz po zakupie. Na tej samej zasadzie działa każda inna dziedzina mojego życia.

Bóg, albo jak ktoś woli jakaś wyższa siła, pozbawiła mnie cnoty cierpliwości, a może ja sama?

Co przez to tracę? Nie wiem. Może właśnie czas.