Blog

Poczucie życia utraconego

Czy nie masz wrażenia, że żyjemy w ciągłym poczuciu czegoś, co tracimy? Wspominamy dzieciństwo i to, jak wtedy (według teraźniejszych nas – dorosłych) było łatwo. Przywołujemy sytuacje, wydarzenia, które już nie wrócą. Tęsknimy za przyjaciółmi, których utraciliśmy z biegiem czasu lub przez zbyt daleką odległość. Mówimy o figurze czy gładkiej skórze, która odeszła w niepamięć. Wiele osób wspomina swoje dzieci i czas, kiedy były mniejsze.

Żyjemy w ciągłym poczuciu straty. Jakbyśmy nieustannie przeżywali żałobę za elementami, których nie da się odzyskać. Za przeżyciami, których nie da się odtworzyć. Ale czy naprawdę nie da się ich odzyskać? Słyszałam ostatnio, że „historia wcale się nie powtarza”, a „bywają jedynie wydarzenia podobne”. Skoro nic dwa razy się nie zdarzy, to po co zaprzątać sobie głowę stratą? Oczywiście na poziomie teoretycznym jest to dla mnie banalnie proste, jednak w praktyce jestem w tym samym miejscu, co Ty. Nie mam pojęcia, jak przełożyć teorię na praktykę. Mimo, że jesteśmy świadomi, że nie odtworzymy minionych wydarzeń, nadal staramy się doprowadzić do sytuacji, która wywoła zbliżone emocje. Przecież właśnie to, co odczuwaliśmy w danej sytuacji najczęściej pamiętamy najbardziej. Czy jednak odtwarzanie emocji, które kiedyś nam towarzyszyły nie będzie właśnie napędzaniem straty i desperacką próbą odwrócenia czasu?

Błędne koło zwracania się wciąż ku temu, co znane może nas nieźle pokiereszować. Na pewno w Twoim środowisku jest osoba, która wciąż wraca do jednego momentu w swoim życiu lub okresu, który pochłania 80% jej opowieści. Ja mam nawet taką osobę w rodzinie. Regularnie cofa się w opowieściach 25 lat wstecz. Sięga po zasady, którymi rządziła się ówczesna rzeczywistość, ale które nie mają żadnego przełożenia na współczesność. Jej wyidealizowana wizja przeszłości wypiera codzienność. Ta zaś istnieje tylko w porównaniu do minionych lat. Mam wrażenie, że szczególnie bolesne może to być dla osób, które w jakiś sposób tworzą nową rzeczywistość i próbują przebić się przez pancerz idealizowanej przeszłości.

Często jednak bywa odwrotnie. Zamiast idealizować przeszłość, ponownie i ponownie odtwarzamy traumatyczne wydarzenia oraz nadajemy im co raz większe znaczenie. Zamiast idealizować, zaczynamy demonizować przeszłość i niekoniecznie skupiamy się na żalu, lecz interpretujemy jej wpływ na teraźniejszość. Nasz umysł pozostaje zamknięty w wypaczonej goryczą, strachem i bólem przeszłości. Nie rozwija się, bo zatrzymał się właśnie w tych momentach i nie może się wydostać. Zaczynamy żyć z wizją przyszłości, która nigdy nie nadejdzie, bo blokuje ją to, co się już wydarzyło i nas zmieniło.

Obie sytuacje łączy poczucie straty. Tego, co minęło i tego, co już nie nadejdzie. Boli nas przeszłość i boli nas przyszłość. Pytam więc: gdzie się podziała nasza teraźniejszość? Gdzie moment, w którym zatrzymujemy się, by popatrzeć w chmury. By pośmiać się do utraty tchu. Gdzie czas, w którym nie spieszymy się i nie zastanawiamy nad konsekwencjami przeszłości czy tego, co wydarzy się następnego dnia w pracy. Gdzie moment, w którym czujemy, że jesteśmy tu i teraz, w pełni usatysfakcjonowani z tego, co mamy i punktu, w którym się znaleźliśmy. Nadal nam mało, więc uciekamy przed przeszłością lub biegniemy w jej stronę nie doceniając tego, co jest tu i teraz. Nie doceniając siebie, bliskich i swojej małej codzienności. Bo jedyne co jest pewne to właśnie ona, tu i teraz. Nie utracona, lecz pod ręką. Jeśli tylko znajdzie się wewnętrzną siłę, by ją uchwycić i poznać.