Blog

Pomoc dla Ukrainy (gdy emocje opadły)

Czy wiesz, że dystans maratonu wynosi dokładnie 42 kilometry i 195 metrów? W moim odczuciu, dopiero te 195 metrów udało nam się wspólnie przebiec na drodze pomocy Ukrainie Jeszcze (tylko i aż) 42 kilometry. Biorąc pod uwagę ilość ludzi na Ziemi, zdecydowana większość osób przebiegła ciągiem 100 metrów, nieco mniej 5 kilometrów. Lecz jaki procent biegaczy zdecydowało się na cały dystans 42 kilometrów i 195 metrów?

W życiu najchętniej podejmujemy się tych czynności, które zabierają nam mało czasu i energii oraz nie wpływają na nasze nawyki i sposób życia. Do tego najlepiej, gdyby efekt był widoczny od razu, a zadanie jednorazowe (nie cykliczne). Jeśli teraz zastanowisz się, jakie wyzwania podejmujesz, najszybciej dostrzeżesz pewien schemat na praktycznie każdej płaszczyźnie swojego życia.

Przełóżmy teraz ten schemat na pomaganie i obecny kryzys humanitarny na Ukrainie. Minęło już ponad miesiąc i z kolejek ludzi ustawiających się do pomocy, kierowców jeżdżących na granicę i braku miejsca na przynoszone przez ludzi artykuły pozostało tylko wspomnienie. Prywatne mieszkania, które zostały zgłoszone do przyjęcia uchodźców zostały w większości rozdysponowane, a ludzie dobrych serc nadal goszczą u siebie Ukraińców.

Gdy poszukiwane są nowe artykuły do załadunków lub kierowcy, większość osób na prośby odpowiada krótko: „Już pomogłem”. Na szczęście część stwierdza, że czeka do wypłaty, by znów pomóc. Jest też grupa osób, która nigdy nie pomaga, bo np. nie czują takiej potrzeby i w mojej perspektywie to jest przynajmniej szczere: „nie pomagam, bo nie chcę”. Nikt nie musi pomagać i taka jest prawda. Każdy jest wolny i ma wybór. Znacznie bardziej dyskusyjne są moim zdaniem osoby, które udają, że pomagają lub wpływają negatywnie na pomoc innych.

Ludzie próbują stwarzać pozory wsparcia, np. przynosząc stertę starych ubrań, które na strychu przeleżały kilka, a nawet kilkanaście lat (o czym świadczy ich zapach i kurz na worku, w który są zapakowane). Stara bielizna, pojedyncze skarpetki i rękawiczki, futra, które pamiętają PRL, alby komunijne, suknie wieczorowe całe z cekinów i wiele innych skarbów. Po ich sortowaniu, mimo rękawiczek, na mojej twarzy zakwitło mnóstwo pryszczy wprost opowiadających o stanie tych rzeczy. Tutaj nie chodzi o to, że zbiórki nie przyjmują ubrań starych, które są całe, czyste, pachnące, zapakowane w torebki czy pudełka i wyglądają naprawdę jak nowe. Nie przyjmujemy tych, od których zapachu nas mdli. Jednak ludzie, gdy nikt nie patrzy zostawiają takie worki i zamiast pomóc, jeszcze dokładają pracy, bo ktoś te ubrania musi przebrać, a później wywieźć. Przez pozory pomocy zabierają czas i przestrzeń na to, co jest naprawdę potrzebne.

Są też osoby, które szukają argumentów, by nie pomagać, np. rozsyłając zdjęcia dobrych aut z ukraińskimi rejestracjami. Tak, jakby osób, którym się powodziło nie obejmowała wojna. Jakby ich bliscy nie walczyli o wolność, a ich dom również nie mógł zostać zburzony w ciągu jednej minuty. Ci ludzie często nawet nie proszą o pomoc, bo mają środki, wynajęte odpłatnie mieszkanie i pewną pracę. Co człowiek to historia. Krążą też informacje o nadużyciach związanych z wykorzystywaniem wsparcia i naprawdę wierzę, że to prawda. Dlaczego? Moim zdaniem to oczywiste, że wśród 2 milionów ludzi znajdą się złodzieje, oszuści czy zwykli sympatycy socjalu, którzy nigdy nie pracowali. Gdyby tak nie było, świat były utopią. W naszej pięknej Polsce jest pewnie proporcjonalnie tyle samo osób wyjętych spod prawa i nie szanujących wartości czy cudzej własności, co w każdym innym kraju – nic nowego. Zbyt łatwo budujemy historie milionów oparte na historiach setek. 2% nie czyni ogółu, a przy milionie to już 20 tys. ludzi.

Są również osoby, które twierdzą, że niosą pomoc pośrednio. Zastanawiam się co właściwie może oznaczać „pomoc pośrednia”. Otóż ludzie Ci zakładają, że ktoś już za nich pomaga. Gdy rozmawiałam z jednym ze znajomych (szukałam u niego wsparcia), usłyszałam, że firma, w której pracuje już pomogła finansowo. W moim rozumieniu znaczy to: szef pomógł, bo oddał zyski z firmy, które końcowo byłyby jego zyskami. Jeśli natomiast szef zapłaci pracownikom, którzy w swoich godzinach pracy oddają się pomocy to on poniesie koszt. Wsparcie pojawi się wtedy, kiedy po godz. 16.00 pracownicy nie rzucą wszystkiego i zostaną pomóc nie oczekując w zamian niczego. Nasza pomoc to właśnie ta po pracy, w weekendy, kiedy nikt nam nie płaci za to, że jesteśmy. To właśnie każda minuta po 16.00, kiedy z własnej woli jesteśmy w miejscu, w którym nie musimy być. Brak czasu nie jest tutaj usprawiedliwieniem, bo to my nim zarządzamy, a nie on nami.

Rozumiem, że jedna rodzina to jeden budżet domowy, który może siatce przeznaczony na wsparcie finansowe lub zbiórkę – standard. Moim zdaniem jednak nie da się pomóc „ktoś za kogoś”. Wyobraźmy sobie pożar budynku. Na dwóch piętrach uwięzieni są ludzi. Prawdopodobnie szanse na ratunek są największe, gdy na raz na obydwa piętra wbiegną dwaj strażacy, a nie gdy jeden się wstrzyma, bo drugi pobiegła za ich dwoje.

Spotkałam również osoby, które tłumaczą swój brak zaangażowania zbyt dużą wrażliwością na krzywdę. Gdy słyszę takie tłumaczenie, w głowie włącza mi się alarm. Masz taką wrażliwość, że nie możesz patrzeć na krzywdę, ale nie zrobisz nic, by choć w minimalnym stopniu ją zmniejszyć? Rozumiem przytłoczenie i uczucie bezsilności, ale czy naprawdę jesteśmy bezsilni w pomocy? A może zwyczajnie jesteśmy w stanie znaleźć wymówkę na wszystko, by tylko nie powiedzieć – nie bo nie – w obawie przed oceną innych lub przed samym sobą? Gdyby tylko każdy poświęcił w swoim życiu 2 godziny w tygodniu dla innych, zamiast na szukanie wewnętrznych wymówek, o ile świat byłby piękniejszy.

Pewnie wielu osobom moja analiza niesienia pomocy nie przypadnie do gustu. No cóż, przeżyję. Chcę tylko zwrócić uwagę na to, na jak wielu płaszczyznach wciąż możemy pomóc. Nasze wymówki, często są spowodowane codziennymi nawykami, wygodą. Tylko świadome zaangażowanie może ją przełamać. Jeśli nie chcesz, nie pomagaj, ale pogódź się z tym i nie obawiaj się spojrzeć sobie i innym w oczy godząc się z własnymi wartościami. Jeśli choć raz czy dwa razy pomogłeś, zachęcam Cię do cyklicznego wspierania, bo tylko razem jesteśmy w stanie dźwignąć wyzwania wojny. Może czasem będzie to pomoc w sortowaniu paczek, może zakup lekarstw czy chleba, przelew, wyjazd na granicę, pomoc w nauce języka polskiego, tłumaczenie dokumentów, przyniesienie książek na zbiórkę, zaopiekowanie się dziećmi, pomoc w znalezieniu pracy, a przede wszystkim czas i zasoby, który możesz regularnie przekazywać potrzebującym.

Zaczynamy się oswajać z nową rzeczywistością. Emocje nie są już tak silne. Widok martwych ciał i ruin miast na Ukrainie robi niestety coraz mniejsze wrażenie. Zaczynamy godzić się z wojenną codziennością, obchodzić ją, bo przecież jakoś trzeba żyć. Mam nadzieję, że będziemy mieli siłę żyć i to pełną piersią. Szanować swoje życie i monotonną codzienność, jak nigdy wcześniej. Wierzę, że zamiast przeżywać żałobę, przekujemy wszystkie negatywne emocje w chęć niesienia pomocy, by wspólnie zmieniać świat na lepsze. Jeśli zapadniemy się w smutku i poczuciu bezradności, nic nie zyskamy. Jedyna droga, jaką widzę to bycie najlepszą wersją samego siebie każdego dnia. POMAGAJMY bardziej niż kiedykolwiek wcześniej we wspólnym maratonie ku bezpiecznej i pięknej przyszłości.